Znacie? To poczytajcie…

Opowieści oparte na prawdziwych zdarzeniach, zarówno współczesnych, jak i sprzed xxx lat. Czasem wydają się śmieszne, czasem tragiczne. Wszystkie mają wspólną cechę. Przedstawione historie rozegrały się w Wielgowie lub najbliższej okolicy, albo przydarzyły się mieszkańcom. Tutaj może być też  Twoja opowieść. Napisz ją i przyślij, formularz jest na dole strony. Zapraszam wszystkich do współpracy.

Zasłyszane od mamy. Był maj 1946 roku. Na dworzec kolejowy w Stargardzie wjechał pociąg z powracającymi zesłańcami z Sybiru. Wszyscy byli głodni i wyczerpani długą jazdą. Od ostatniego postoju pociągu mijało prawie 20 godzin. Ogłoszono dłuższy postój. Dziadek wraz z innymi wyszedł z wagonu, aby przynieść coś do jedzenia. Stargard nie jest duży, więc nie można się zgubić. Szedł przez miasto zaglądając na podwórza kamienic. Po jednym z podwórzy chodził sobie koń. Rodzina dziadka przed wojną miała gospodarstwo rolne, więc dziadek schwytał tego konia. Poszedł dalej prowadząc go. Napotkał rosyjskich żołnierzy, którzy zabrali mu tego konia, a dziadka aresztowali za kradzież. Prowadzili go ulicą i spotkali innych żołnierzy, którzy wynosili z jakiegoś budynku paczki i skrzynie i ładowali wszystko na samochody ustawione w rzędzie na ulicy. Żołnierze zagonili dziadka do pomocy. Dziadek podczas wynoszenia skrzyń zdołał jednak uciec na podwórze po drugiej stronie budynku. Stał tam ręczny wózek załadowany krzesłami. Dziadek wziął ten wózek i udał, że wywozi te krzesła, aby je też załadować. Troszkę nieuwagi żołnierzy wystarczyło, aby dziadek z wózkiem uciekł. Po dotarciu na stację kolejową okazało się, że dziadek przywiózł 16 krzeseł. Mimo protestów rodziny krzesła te pojechały z nimi dalej, a dwa z nich stoją w pokoju do dzisiaj i przypominają historię o tym, jak to mój dziadek zamiast jedzenia przywiózł krzesła.

nadesłał waldi

Historia ta, opowiedziana przez mieszkankę Wielgowa, wydarzyła się w latach pięćdziesiątych minionego wieku. Moja rozmówczyni miała wtedy około piętnastu lat i mieszkała w Reptowie.
Był październikowy wieczór. Kobieta wracała z nabożeństwa różańcowego z pobliskiej Kobylanki. Co prawda w Reptowie istniał zabytkowy kościół, ale w tamtych latach odprawiano w nim msze tylko co dwa tygodnie w niedzielę. Dlatego też młodzież chodziła na różaniec do sąsiedniej wsi.
Moja rozmówczyni wracała z kościoła bez koleżanek, ale otuchy dodawała jej obecność znajomego, który przypadkiem szedł tą samą drogą, oddalony o kilka metrów. Byli już w Reptowie i właśnie przechodzili obok cmentarza. Stary niemiecki cmentarz znajdował się w pobliżu tamtejszej świątyni. Przez kilka lat po wojnie był używany, później jednak Polacy nie chowali na nim już swoich zmarłych.
W pewnym momencie kobieta zauważyła dużego, kudłatego czarnego psa, który wielkimi susami pędził wprost na nią. Zwierzę miało na szyi obrożę z dzwonkiem. Moja rozmówczyni, przestraszona, odwróciła się do znajomego:
– Widzisz psa?! – zapytała.
– Jakiego znowu psa? – zdziwił się mężczyzna. – Nie było tu żadnego psa.
Kobieta zaczęła się rozglądać, ale tajemnicze zwierzę znikło już w ciemnościach.
Wśród mieszkańców Reptowa okolice cmentarza od dłuższego czasu miały złą sławę; ludzie widywali tam bardzo często wielkiego czarnego psa, który miał zwyczaj pojawiać się niespodziewanie i równie nagle znikać. Krążyły także opowieści o tułającym się w pobliżu duchu zamordowanego młodego mężczyzny w dziwnych butach – „kopytkach”. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, czy nieznajomy zginął w czasie wojny, czy też wcześniej. Podobno aktywność gościa z zaświatów skłoniła wreszcie księdza do odprawienia egzorcyzmów (lub też po prostu poświęcenia) okolic starego kościoła i poniemieckiego cmentarza. To położyło wreszcie kres odwiedzinom widma.

nadesłała Konstancja

Podobno kłopoty z duchami mieli krótko po wojnie także mieszkańcy jednego z położonych w Reptowie domów; po zmroku coś włóczyło się tam po podwórzu i stukało do okien. Zagadka doczekała się rozwiązania, gdy podczas prac gospodarskich znaleziono zwłoki dwojga ludzi. Spoczywali w jednym płytkim dole tuż za stodołą. Pochowano ich na cmentarzu i odtąd w obejściu jakoby zapanował spokój. Nie powstrzymało to jednak mieszkańców domu od wyjazdu ze wsi. Jak wieść niesie, wrócili we własne strony rodzinne, w okolice Poznania. Nie wiadomo, czy do tej decyzji przyczyniły się dziwne wydarzenia, których byli świadkami.

nadesłała Konstancja

Gdy moi krewni przyjechali do Wielgowa w marcu 1946 roku, miejscowość przypominała cmentarz pocięty okopami. W lasku, który obecnie rozciąga się między szkołą a torami kolejowymi, były okopy dla czołgów. Przy końcu ulicy Wiślanej, w lesie, znajdowała się zbiorowa mogiła wojskowa. Później zwłoki zostały ekshumowane i obecnie niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, skąd się wzięły głębokie doły w tamtym miejscu. Krótko po wojnie żołnierze w naszej miejscowości mieli mnóstwo pracy ze zbieraniem i grzebaniem ciał poległych.
Jesienią pierwszego roku swojego pobytu w Wielgowie moi krewni wybrali się na grzyby. Podczas wędrówki po lesie dotarli w okolice drogi wiodącej do Załomia. Tam, ku swej zgrozie, natknęli się na liczne ciała żołnierzy, które nadal tkwiły w okopach. Jak łatwo się domyślić, grzybiarze dość pospiesznie przenieśli się w inne miejsce.
Muszę przyznać, iż moja rodzina w tamtym okresie nie miała szczególnego szczęścia do grzybobrania; gdy tylko próbowali upolować kilka prawdziwków, znajdowali w okolicznych lasach niepochowane zwłoki. Raz zabłądzili aż do nieistniejącej obecnie osady położonej w lesie między Wielgowem i Dąbiem. Wówczas były tam jeszcze opuszczone domy. Gdy zaglądali do budynków, przekonali się, iż wewnątrz stoi woda. Nad wszystkim unosił się odrażający fetor; w dalszym ciągu leżały tam ciała zabitych. Wrażenie musiało być doprawdy okropne, skoro moi krewni, którzy wszak nie byli wrażliwymi pensjonarkami, co prędzej odeszli z wymarłego osiedla.

nadesłała Konstancja

Dopisek mój: W historyjce tej chodzi o osiedle Dunikowo (Franzhausen). Niepochowane zwłoki zabitych były były tam aż do wiosny 1947 roku. Podobnie w pobliskiej osadzie Rosengarten Plantage w ruinach budynku nieopodal wytwórni ultramaryny do wiosny 1947 roku znajdowały się zwłoki niemieckiej kobiety.

Niektóre z budynków w Wielgowie i w okolicach padły ofiarą działań wojennych. Ale były też takie, które wysadzili w powietrze sami Polacy, już po wojnie. Jak była przyczyna tych działań? Pierwszym polskim mieszkańcom osiedla nie zależało na przybyciu zbyt licznych osiedleńców. Więcej osadników oznaczałoby konieczność podzielenia ziemi uprawnej pomiędzy większą liczbę osób, a zatem każdemu przypadłoby mniej gruntów. Przedsiębiorczy Polacy uznali, że jeśli nie będzie pustych domów, nikt nowy nie zamieszka w Wielgowie. Przez pewien czas eksplozje rozlegały się tutaj niemal codziennie – to, jeden za drugim, niszczone były ocalałe z wojny budynki. Cegły zapewne pojechały na odbudowę Warszawy…

nadesłała Konstancja

W latach 50-tych ubiegłego wieku, pewna młoda, szczupła i długowłosa blondynka wybrała się z koleżanką na zbiór dorodnych szyszek. Po długich i bezowocnych poszukiwaniach dowiedziały się, że najpiękniejsze szyszki rosną koło muru cmentarza w Wielgowie. Ponieważ szyszki były potrzebne „na wczoraj” mimo zapadającego zmroku poszły tam, gdzie szyszki miały być „na bank”. Jaka była ich radość, kiedy okazało się , że wiadomości były prawdziwe i szyszki przepiękne, oraz bardzo dorodne są. Fakt, faktem, że rosły trochę za wysoko, by można było zerwać je z ziemi, ale nie ma rzeczy niemożliwych dla dwóch dzielnych poszukiwaczek szyszek. Koleżanka podsadziła naszą bohaterkę, by ta mogła dosięgnąć upragnionego łupu. Nasza wiotka blondyneczka podniosła ręce do góry, by uchwycić szczególnie dorodny okaz. Już go prawie miała gdy… pobliską drogą nadjechał wóz ciągniony przez konia, któremu pachniał już owies w stajni, kierowany przez woźnicę, któremu bardzo śpieszyło się do domu. Było już po zachodzie słońca, okolica mało przyjemna, a sąsiedztwo cmentarza wpływało bardzo stresująco. Rozglądał się więc gospodarz nerwowo wokół siebie i starał się jak najszybciej minąć cmentarz. Jakie wielkie było jego przerażenie, gdy zobaczył, że koło muru cmentarza unosi się delikatna jasna postać z rękoma wzniesionymi wysoko, by ulecieć w górę. Woźnica przeżegnał się tylko , pogonił batem zmęczonego konia i popędził ile sił w końskich kopytach do domu, do ludzi, do życia, bardzo przestraszony. Dziewczęta wystraszone reakcją woźnicy bez szyszek wróciły szybciutko do sanatoryjnego internatu nikomu nic nie mówiąc o wyprawie. Następnego dnia rano w czasie śniadania o duszyczce wznoszącej się ku niebu opowiadano bardzo dużo i dodawano wciąż nowe fakty zdarzenia. Prawdziwe bohaterki całej historii bały się przyznać, że to one są sprawczyniami całego zamieszania. A biała dama cmentarza wielgowskiego jest żywą osobą z krwi i kości.

nadesłała bch

Kino, które działało przez wiele lat w Zdunowie, posiadało najczęściej zmieniany repertuar. Seanse odbywały się bowiem dwa razy w tygodniu i zawsze były to różne tytuły. Przez lata filmy wyświetlał p. Alfred Margiel (kierowca szpitalnych karetek), bilety sprzedawał p. Bernard Flisikowski (pierwszy technik rtg najpierw w sanatorium, a następnie w szpitalu), on też opiekował się również do końca swojego życia kaplicą szpitalną, a do kina wpuszczał p. Wiktor Rymarkiewicz (ogrodnik, który w szpitalu dbał o przepiękne klomby, świeże warzywa). Oczywiście w kinie pracowali społecznie też inni, ale ta trójka wpisała się najbardziej w pamięć. Czasami sala służyła też innym celom, w niej odbywały się choinki dla dzieci pracowników, akademie z okazji dnia pracownika służby zdrowia oraz różne koncerty. Gdy sala ze względów bezpieczeństwa p/poż została zamknięta skończył się pewien etap historii szpitala. A szkoda.

nadesłała bch

W latach 70-tych mieszkałam w Zdunowie i miałam psa Puchatka. Puchciu był wielkim przyjacielem wszystkich i wszyscy go lubili, do tego grona zaliczał się również ówczesny dyrektor szpitala. Pewnego wiosennego dnia, do szpitala przyjechała bardzo ważna zagraniczna delegacja. Oprowadzał ją po terenie sam dyrektor, ubrany w śnieżnobiały wykrochmalony fartuch. Jakie było zdziwienie i konsternacja wszystkich, kiedy nagle pojawił się ubłocony Puchatek i podbiegł do swojego przyjaciela przywitać się. Bardzo brudnymi łapami skoczył na biały fartuch i po spotkaniu fartuch już biały nie był, stracił bowiem wiele na czystości. Dyrektor głaszcząc Puchcia jednocześnie się do niego próbował odgonić, ale ten sądził, że to zabawa. Po chwili pies pobiegł w swoją stronę, a dyrektor pozostał z bardzo ważną delegacją w bardzo brudnym fartuchu. Z szacownego grona nikt nie był obrażony zdarzeniem, przeciwnie wprowadziło ono element humorystyczny i pozwoliło przełamać wzajemną nieufność i sztywność. Tak to Puchatek wniósł swój wkład w nawiązanie stosunków międzynarodowych na swoich ubłoconych łapach.

nadesłała bch

Przez wiele lat na ścianie budynku szpitala wisiała pamiątkowa tablica. Pojawiła się ona, aby przypominać mieszkańcom i pacjentom o wydarzeniu, które miało miejsce tuż po wojnie. Kiedy osiedleńcy przybywali, aby w nowym miejscu założyć dom i rozpocząć nowe życie, przyjeżdżali też inni: szabrownicy. Chcieli oni na ludzkiej niedoli wzbogacić się szybko i bez skrupułów. Było to zajęcie może popłatne, ale jednocześnie niebezpieczne. Osiedleńcy bronili bowiem swojego dobytku, a pomagała im w tym milicja obywatelska. W czasie jednej z takich akcji został ranny jeden z rabusiów, który po pomoc przyszedł do sanatorium. Milicja deptała mu po piętach i szli tuż za nim. Nikt się nie spodziewał jednak, takiej reakcji rannego bandyty na widok milicjanta na schodach budynku. Strzelił on bowiem przez okno, zabijając go na miejscu. Rabusiem okazał się poszukiwany listem gończym bardzo groźny bandyta i morderca, który miał na sumieniu wiele poważnych przestępstw. Aby upamiętnić milicjanta, który w obronie mienia osiedleńców oddał swoje życie powieszono tablicę pamiątkową. Umieszczono na niej nazwiska tych milicjantów, którzy zginęli w tamtym okresie. Wisiała ona przez wiele lat, w dzień Wszystkich Zmarłych i w dzień wyzwolenia Szczecina uczniowie szkoły podstawowej nr 13, harcerze, pacjenci i pracownicy zapalali pod nią świeczki, składali wiązanki kwiatów. Tak było przez wiele lat, aż do czasów, kiedy milicja obywatelska zmieniła się w policję i ludzie, których upamiętniała stali się niepoprawni politycznie. Tablica została zdjęta. A szkoda, ponieważ historia naszego narodu jest jaka jest i wszelkie przemilczenia nie są nam potrzebne. Zdjęto bowiem z muru, kawałek historii naszych ziem.

nadesłała bch

Przez wiele lat w sanatorium działały dwa kluby: Klub „Pod szóstką” dla pracowników oraz klubokawiarnia mieszcząca się na oddziale szóstym. Klub „Pod szóstką” rozpoczął swoją działalność w roku 1958. Pierwszym prowadzącym przez bardzo krótki czas był p. Romuald Klimczewski, następnie p. Michał Baran. Za jego kadencji działalność klubu bardzo się rozwinęła. W swoich progach gościł wielu znanych z kina i telewizji aktorów na tak zwanych wieczorkach aktorskich. Tam też odbywały się zabawy sylwestrowe, zajęcia kółka fotograficznego itp. Obecnie klub ten od dawna już nie działa, a szkoda, ponieważ w pewien sposób jednoczył pracowników sanatorium, a następnie szpitala. Klubokawiarnia łącząca kiosk ruch-u i kawiarnię mieściła się na oddziale szóstym. Swoją działalność rozpoczęła w roku 1970 i prowadzącymi byli p. Henryka Malinowska i p. Tadeusz Malec. Placówka ta powstała na bazie bufetu, który okazał się nierentowny. Klubokawiarnia pod patronatem Ruchu okazała się lepszym rozwiązaniem. Obecnie sprywatyzowana została przeniesiona na miejsce byłej stołówki pracowniczej.

nadesłała bch

W latach 60-tych ubiegłego wieku w okolicach nocy świętojańskiej nad rzeką Płonią odbywały się tajemnicze misteria. Rozpoczynało się to od wymarszu ze Zdunowa już po zapadnięciu zmroku, więc raczej w późnych godzinach nocnych. Po dotarciu na miejsce, tam gdzie obecnie znajdują się ogródki działkowe, zapalane były lampiony i wielkie ognisko. Były tam śpiewane „Pieśni dziadowskie” pisane specjalnie na tą okazję opisujące w żartobliwy, a niekiedy nawet kąśliwy sposób życie i personel Sanatorium. Około północy następował przemarsz z lampionami nad sam brzeg rzeki Płoni, gdzie w toń były spuszczane wianki przeróżnych kształtów i wielkości. Na każdym umieszczona była zapalona świeczka, tak że po kilkunastu minutach rzeka wyglądała cudownie. Oczywiście były przeprowadzane konkursy na najpiękniejszy wianek. Po powrocie do ogniska było pieczenie kiełbasek, ziemniaków i popijanie różnych małmazyii. Na betonowej płycie, która pozostała po jakimś zburzonym obiekcie, były tańce do wczesnych godzin porannych. W tych misteriach uczestniczył prawie cały personel Sanatorium.

nadesłał jfr

Przez wiele lat w sanatorium, a następnie szpitalu funkcję św. Mikołaja pełnił na wszystkich imprezach choinkowych p. Bernard Flisikowski. Wiele roczników dzieci pracowników śpiewało, tańczyło i recytowało wierszyki, aby tylko otrzymać upragnioną paczkę ze słodyczami. Jak bardzo emocjonalnie zaangażowany był pan Bernard w rolę św. Mikołaja najlepiej świadczy fakt, że gdy już szpital nie organizował zabaw dla dzieci, wówczas sam przyszykowywał paczuszki dla dzieci sąsiadów i w pełnym rynsztunku Mikołaja chodził z życzeniami. Pan Bernard już nie żyje, ale wiele osób w różnym wieku z uśmiechem życzliwości i nostalgii wspomina św. Mikołaja z workiem pełnym prezentów.

nadesłała bch

Kolejna zdunowska historyjka: Co jakiś czas przyjeżdżali do Zdunowa cyganie, aby pobielić kanki na mleko, jakieś kotły i coś tam jeszcze. Rozlokowywali się najczęściej za starą stolarnią, tam gdzie później został wybudowany garaż dla autobusu. Rozpalali wielkie ognisko, smarowali naczynia tajemniczymi miksturami i wkładali do ognia. Pewnego dnia, gdy cyganie po swojemu zawzięcie dyskutowali, podszedł pan Malinowski, który w tym czasie był kierownikiem warsztatów. Postał chwilę, posłuchał i zaczął do nich przemawiać w ich rodzinnym języku. Natychmiast się uciszyli, a sądząc po tonie pana Malinowskiego to nie była to jakieś serdeczne pozdrowienia, a pewnie oni też nic pochlebnego nie mówili. Od tej pory zawsze jak na horyzoncie pojawiał się pan Malinowski wśród cyganów zapadała cisza.

nadesłał jfr

Sala kinowa, jak już pisała bch, służyła nie tylko jako kino czy kaplica, ale również do organizowania różnych imprez okolicznościowych. Odbywały się tam bale sylwestrowe, akademie z różnych okazji i inne imprezy. Przypominam sobie jedną z takich akademii z okazji Dnia Kobiet. Wśród wykonawców byli oczywiście sami panowie, a na program składały się wiersze, piosenki i melodeklamacje. Była również wystawiana parodia Hamleta, a w roli Ofelii występował Jasiu Buczkowski. Przygotowania trwały wiele dni, a efekt był wspaniały. Może u kogoś zachowały się jakieś zdjęcia z tej imprezy? Z salą kinową wiąże się jeszcze jedna ciekawa sprawa. Gdzieś na przełomie lat 60 i 70 stwierdzono, że sala się rozpada – pękały ściany. Podjęto decyzję o wzmocnieniu ich stalowymi ściągami. W warsztatach były toczone specjalne śruby mające za zadanie napięcie stalowych prętów biegnących w poprzek budynku. Stopień napięcia poszczególnych prętów był badany metodą na słuch – tak jak się stroi struny np. w gitarze.

nadesłał jfr

A to takie sobie uwagi: Ciekawe, że Zdunowo, szczególnie z tamtych 60-70 lat miało specyficzny klimat, wielu pacjentów wyleczonych w sanatorium pobierało się tutaj, mieszkało i pracowało w Zdunowie. Niewiele personelu dojeżdżało ze Szczecina, część mieszkała w Wielgowie czy na Sławocieszu. Powodowało to oczywiście, że wszyscy się dobrze znali, a środowisko było bardzo zamknięte. Jak mawiał mój tata : „jak mówisz a…, a… bo chce ci się kichnąć, to już masz telefon i mówią ci ‚na zdrowie'”.

nadesłał jfr

Jako uzupełnienie wspomnień jfr o pobycie cyganów w Zdunowie, to ja pamiętam jaką frajdą była obserwacja, jak dzieci cyganów były kąpane w fontannie szpitalnej. Pisków i śmiechów było co niemiara, a tubylcze dzieci z zazdrością patrzyły na całe wydarzenie. Bardzo przeżywaliśmy fakt, że nas tak nie kąpano, a jeśli już ktoś, kiedyś wpadł do fontanny, to zawsze kończyło się to „kazaniem” w domu.

nadesłała bch

Służba zdrowia to nie tylko szpital /działalność szpitala mogłam wraz z mężem odczuć na sobie opieka jest naprawdę super mąż miał tam operację i chwalić Boga, że się tam dostał/ PRZYCHODNIA…… kiedy się tu wprowadziłam przepisałam dziecko do tej przychodni Choć wyglądała tak jakoś nie szczególnie mała i sprawiała wrażenie nie profesjonalnej spotkałam się tu z życzliwością jakiej nie spotyka się w mieście Dziś córka moja jest pod stałą opieką lekarzy ,nigdy nie miałam najmniejszych problemów z niczym .Jesteśmy już traktowane jak ;swoi; APTEKA ….. coś takiego mogło mi się zdarzyć tylko tutaj Teraz po kilku latach to wiem Mając dziecko chore ,nie miałam ,któregoś dnia pieniędzy na leki dla córki Poszłam z chorym dzieckiem z receptami do apteki i chciałam zapytać ile będą kosztować leki aby mąż kiedy będzie wracał odebrał je /miał pożyczyć pieniądze w pracy/ Pani, prowadząca aptekę popatrzyła na mnie i chyba się domyśliła wszystkiego ,dała mi leki bez pieniędzy /znała mnie tylko z widzenia/ Od tamtej pory często dostawałam leki na zeszyt .Kiedy mówię moim znajomym z miasta że w Wielgowie przeżyjesz bez pieniędzy bo tu ci pomogą nie bardzo wierzą Warunek jest jeden …trzeba oddać dług ale nie wszyscy to respektują

nadesłała ER

Chciałabym parę słów dodać na temat PRZEDSZKOLA wprawdzie już moje dziecko chodzi do szkoły ale jeszcze dziś pamiętam radość kiedy do niego szła co ja mówię szła ,ona biegła radośnie do niego przebierając nogami przed wyjściem i poganiając mnie do wyjścia. Panie przedszkolanki to były /chyba są te same nie wiem/prawdziwe ciocie /tak mówiły do nich dzieci/.Wiem co mówię ,pamiętam przedszkola do których moje dziecko chodziło przedtem .Ryk kiedy ją zawoziłam ryk kiedy odbierałam tylko tak można nazwać płacz mojego dziecka a wszystko to zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ,kiedy wprowadziliśmy się do Wielgowa .Już w pracy nie siedziałam jak na szpilkach myśląc co się dzieje z moim dzieckiem .Odbierałam dziecko wesołe podskakując szła do domu .Teraz przedszkole i ciocie są miłym wspomnieniem za co dziękujemy całą rodziną.

nadesłała ER


Chcesz dodać swoją historyjkę? Znasz jakieś ciekawą opowieść?

Twoje imię (wymagane)

Twój e-mail (wymagane)

Twój podpis pod historyjką

Twoja historyjka

captcha
Przepisz tu kod z obrazka

Top